07 maja 2021

Piątek czyli szczęśliwa 7

W pracy pojawiło się światełko w tunelu i może to nie pociąg jedzie. Ale od początku...

Po chorobowym wróciła dziś do pracy moja koleżanka z pokoju. Nadal kaszląca, zachrypnięta i pociągająca. Jak przekazałam jej (nieoficjalnie) najnowsze rewelacje, to chyba miała ochotę uciekać spowrotem do łóżka. Nie muszę chyba dodawać, że jej również pomysł kierownika nie przypadł do gustu. 

Jak wszyscy przyszli do pracy, to kierownik zwołał zebranie i oficjalnie poinformował o swoim pomyśle. Przenosiny poszczególnych osób miały się odbyć w ciągu dnia, ale nikomu się do tego nie spieszyło.

Po południu kierownik mnie zaczepił na korytarzu. Wracał właśnie z rozmowy z "górą". Okazało się, że nasza chorowita koleżanka, ma jakiś papier, że nie może pracować... i teraz do końca nie wiem, bo nie zrozumiałam, czy chodzi o obsługę bezpośrednią czy o popołudniowe dyżury. Tak czy siak, cały jego plan odnośnie tego, kto, gdzie i co będzie robił, rozsypał się jak domek z kart. 

No i zaczął przedstawiać mi swój nowy "genialny" plan. Że zabierze mi moją koleżankę z pokoju, da nową, ale tylko do końca miesiąca, bo później dołączy do mnie ta chorowitka! 


Miałam świadomość, że nie należę do osób przesadnie taktowanych.*

 

Nie wytrzymałam! Czara goryczy się przelała. Grzecznie, aczkolwiek stanowczo, dałam mu do zrozumienia, że chyba go podziubało. 

W połowie marca dołączyła do mnie obecna koleżanka, wszystkiego jej nauczyłam, poświęciłam czas, zrobiłam sobie zaległości w pracy i teraz mi ją zabiera. Daje nową, na raptem 3 tygodnie. Nauczę ją, poświęcę swój czas, zaległości się zwiększą i znowu mi przeszkolonego pracownika zabierze. Po to by dać mi kolejną osobę do szkolenia. Znowu poświęcę czas, a zaległości będą już tak gigantyczne, że się nie pozbieramy. I nie ukrywajmy, skoro chorowitka od 6 lat skutecznie unikała chodzenia do pracy, to raczej skora do współpracy nie będzie. 

Powiedziałam wprost, że nie rozumiem tych decyzji. Że powinien się z tym przespać i jeszcze raz wszystko przemyśleć. Bo moja obecna koleżanka z pokoju załapała, wie co ma robić, całkiem nieźle jej idzie i sama mówi, że nie chce się przenosić. 


Nieśmiało budziła się we mnie nadzieja, że oto stąpam po wodzie, zamiast w niej tonąć.*


Kierownik zaczął się zastanawiać nad tym co powiedziałam i chyba coś do niego dotarło, bo powiedział, że weźmie sobie moje uwagi do serca, a po chwili chodził po pokojach i mówił żeby z przenosinami poszczególnych osób wstrzymać się do poniedziałku. 

Alleluja!

Mam nadzieję, że weekend mu wystarczy by zmądrzeć. 

Ale to nie koniec dobrych informacji! 

Zanim jednak do tego dojdę, to pragnę zaznaczyć dwie kwestie.

Po pierwsze nie jestem osobą mściwą, ale na pewno jestem pamietliwa. Nie daję drugiej szansy jeśli ktoś mi na odcisk nadepnie i wyznaję zasadę, że karma wraca (a jak nie wraca to trzeba jej trochę pomóc). Dobra! Jestem mściwa... Przynajmniej jeśli o mojego szwagra chodzi. Wyrządził mi sporo krzywdy, robił wszystko bym rozstała się z Lubym, buntował swoją rodzinę przeciwko mnie i nie ważne co bym zrobiła, to zawsze znalazł jakiś powód do zaczepki. Kłamał na mój temat, rozsiewał nieprawdziwe informacje, obrażał. Książkę bym mogła o nim napisać, ale niewarto. Poniekąd to przez niego zostaliśmy zmuszeni zamieszkać w piwnicy więc jakby się palił, a ja miałabym wodę, to na pewno bym ją wypiła. On nie lubi mnie. Ja nie lubię jego. Jesteśmy więc kwita. W końcu ze szmaty jedwabiu nie zrobisz.

Po drugie, każdy z nas ma swój rozum. Temat szczepień na covid-19, to indywidualna decyzja każdego z nas. Ile ludzi, tyle opinii i szanuję odmienne zdanie innych. Chcesz się szczepić? Zaszczep się. Nie chcesz? To tego nie rób. Każdy z nas ma swoje życie w swoich rękach i jak się będzie z nim obchodził, to nikomu nic do tego.

Ale do sedna...

Do Lubego zadzwoniła Stara (czyt. moja szanowna teściowa). Niby ot tak pytała, czy będziemy się szczepić. My albo moi rodzice. 

W tym temacie o dziwo wszyscy mówimy jednym głosem. NIE!

Co się okazało? Że mój "mądry" szwagier się zaszczepił. Przechodził co prawda koronawirusa, ale przecież w TV mówią żeby się szczepić, to się zaszczepił. 

Ponoć covid w porównaniu do tego jak się czuje teraz, po szczepieniu, to małe piwo. Ma wysoką gorączkę, kaszel, duszności i tyle co podsłuchałam z rozmowy Lubego, to wolałby drugi raz zachorować.


Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, jak chciałabym umrzeć.*

 

Pierwsza moja myśl. Ja się nie szczepię więc nie licz na to, że pozbędziesz się mnie tak łatwo.

Druga myśl - karma... A jednak wraca.

* Stephenie Meyer "Zmierzch"

10 komentarzy:

  1. Anonimowy21:59

    Chyba każdy ma w swojej rodzinie taką osobę za którą zbytnio nie przepada, ale faktycznie Twój szwagier trochę narobił Ci przykrości :/ Czasami powikłania po szczepionce są makabryczne,
    ale każdy człowiek sam podejmuje decyzję czy będzie się szczepił czy też nie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do pracy to gratuluję Ci asertywności, to coś czego bardzo mi brakuje ale staram się nad tym pracować. Co do szczepień to zgadzam się z Tobą każdy ma swoje zdanie i powinien postępować tak jak uważa. Jedno mnie martwi, że kurcze nie ma badań przed szczepieniem. W innych krajach są i jeśli aktualnie przechodzisz koronę lub przechodziłeś niedawno to cię nie szczepią i tyle. Tu sama znam osobę, która przechodziła ale kazali jej nakłamać że nie bo nie dostanie szczepienia i nie wiadomo ile będzie czekać x.x a potem gorączka, że masakra. Coraz więcej takich przypadków. Ok ludzie się mogą nie znać. Sama myślę szczepić się czy nie. Ale lekarze powinni zachować trochę ostrożności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czasami najpierw mówię, później myślę. Czasami niewiele sobie robię z tego, że rozmawiam z przełożonym. Jak mi leży coś na wątrobie, to zazwyczaj to z siebie wyrzucę.
      Co do szczepień, znam osoby, którym lekarz odmówił szczepienia, bo to zbyt niebezpieczne. Poza tym mieszkam w sąsiedztwie lekarzy. Z jedną ostatnio rozmawiałam i mówiła, że sama by się nie szczepiła, ale co roku jeżdżą do Chorwacji na wakacje, a jak wiadomo mogą być problemy z podróżowaniem bez szczepienia i tylko to nią kierowało. Niestety źle zniosła druga dawkę, bo wylądowała w szpitalu.
      Ja królikiem doświadczalnym nie będę ;)

      Usuń
  3. Gratuluję asertywności w pracy ! Ja nie byłam i latami dawałam się wykorzystywać a gdy po wielu latach harówki postawiłam się to moje szefostwo doznało szoku ! Gdy otrząsnęli się z tego szoku to podziękowali mi za współpracę...Teraz prowadzimy batalie sądowe... !
    Jeśli chodzi o szczepionki to uważam podobnie tak jak Ty że każdy człowiek ma wolną wole i sam powinien decydować czy się zaszczepi !
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety ja też zaczęłam stawiać się zbyt późno. Ale mądry człowiek po szkodzie

      Usuń
  4. Po pierwsze też jestem pamiętliwa... więc rozumiem uczucia, kłębiące się w duszy ;)
    Po drugie jestem za dobrowolnością szczepień... przymuszanie, szantaż emocjonalny itp budzą we mnie opór i nieufność.
    Po trzecie doświadczenie życiowe podpowiada mi, że stawiać się trzeba od początku, ciągle i wciąż, w przeciwnym przypadku przyzwyczajamy otoczenie do naszej spolegliwości i każdy nasz sprzeciw, zostanie odczytany jako bunt, który należy zdusić w zarodku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na pewno dorosłam i już nie nastawiam drugiego policzka jak kiedyś. Jak ktoś pluje mi twarz, to nie mówię, że to deszcz pada

      Usuń
    2. I bardzo dobrze :)

      Usuń