Jego słowa raniły moje serce.*
Serce podskoczyło mi do gardła.*
Przyszłość nie jest pewna. Wszystko może się zmienić.*
Jego słowa raniły moje serce.*
Serce podskoczyło mi do gardła.*
Przyszłość nie jest pewna. Wszystko może się zmienić.*
Twój umysł funkcjonuje inaczej niż umysły innych ludzi.*
O mojej teściowej, to bym mogła książkę napisać i na pewno byłby to bestseller. Mąż od niej uciekł, nie rozmawiała przez kilka lat ze swoimi rodzicami, nie utrzymuje kontaktów ze swoim rodzeństwem ani z nikim z rodziny, z każdym jest skłócona.
Gdy ją poznałam, to zaraz przy pierwszym spotkaniu opowiedziała mi, że mój Luby jest wpadką i ona go nigdy nie chciała więc ma zostać w domu rodzinnym i się nią zajmować. Kiedyś jej powiedziałam, że ja też mam rodziców, na dodatek 10 lat starszych od niej i jestem jedynaczką. A ona synów ma dwóch więc nie byłabym tego taka pewna na jej miejscu.
Ale się wtedy na mnie obraziła. Miałam kilka dni spokoju, bo przestała się nawet do mnie odzywać.
Wracając jednak do pierwszego spotkania, to usłyszałam wtedy pytanie - kiedy będziemy mieli dzieci, bo ona chce mieć wnuki. Dodam, że znałam wtedy Lubego jakieś dwa miesiące...
Wszystko musi być tak jak ona chce. Wystarczy jej się sprzeciwić, a trafia się na czarną listę.
Mnie traktowała jak chodzący bankomat. Na początku na wiele rzeczy się zgadzałam, bo w końcu mieszkałam w jej domu więc uważałam, że nawet należy się dołożyć. Ale jak odkryłam, że do remontów my się dokładamy, a jej drugi syn, który zajmował drugą połowę domu, nie daje ani grosza, to bardziej zaczęłam kontrolować sytuację. W końcu zaczęła wymyślać: ocieplenie domu, elewacja, kostka przed domem, panele słoneczne na dachu, zbiornik na deszczówkę... Powiedziałam basta! Więc stałam się wrogiem nr jeden. A jak się wyprowadziliśmy, to dostałam zakaz przychodzenia do jej domu. Zakazu trzymałam się od roku, aż do teraz. Skoro teściowa w szpitalu, to pojechałam odwiedzić teścia.
Widać było, że cierpi, i z całego serca pragnęłam go pocieszyć, nie wiedziałam jednak, jak się do tego zabrać.*
Teść to złoty człowiek. Nie wiem jak wytrzymuje z tą wariatką... Bardzo go lubię.
Muszę też dodać, że co jak co, ale teściowa przy swoim lenistwie i nicnierobieniu, robiła jedno - obiad dla teścia, bo on w kuchni stanowi zagrożenie zarówno dla siebie jak i innych. Potrafi wstawić wodę na kawę i to by było na tyle.
Dlatego zrobiłam kotlety, zabrałam ciasto, żeby chociaż coś miał do jedzenia, bo domyślałam się, że skoro teściowa w szpitalu to on tam z głodu przymiera.
Nie myliłam się. Powiedział, że chciał jechać do bratowej by mu mielone zrobiła, bo miał mięso w lodówce, ale się przeterminowało więc nic nie jadł.
Żal mi chłopa, bo kocha tę wariatkę, a ta nawet w szpitalu daje się we znaki.
Teściu opowiadał, że zanim wylądowała w szpitalu, to robił co mógł. Kupował chlebek, masełko, paróweczki, żeby coś zjadła. To ciągle dostawał ochrzan, że to jedzenie śmierdzi, że ona tego jeść nie będzie. A jak prosił ją by pojechała z nim do lekarza, to mówiła mu "sam idź do lekarza, to ty jesteś chory".
Jej pobyt w szpitalu jest dość burzliwy. Lekarze się skarżą, że nie dają sobie z nią rady. Muszą dawać jej środki na uspokojenie, bo jest agresywna. Nie chce z nimi współpracować, nie wyraża zgody na leczenie ani nie pozwala robić sobie badań. Więc oprócz tego, że dostała krew, bo było zagrożenie życia, to nic więcej nie mogą zrobić. Markery nowotworowe wskazują na nowotwór, ale nie wiedzą co, gdzie i jak, bo nie wyraża zgody na szczegółowe badania. Lekarz powiedział wprost, że nafaszerują ją kroplówkami by postawić trochę na nogi i wypiszą, bo nic więcej zrobić nie mogą skoro ona nie chce. Dostanie skierowanie do onkologii, a co z tym zrobi, to już jej problem.
Ma mieć jeszcze konsultację z psychiatrą. Chyba podejrzewają to, co ja wiem od kilku lat... Zdrowa na umyśle to ona nie jest.
Od zawsze podejrzewałam, że psychicznie coś jest ze mną nie tak.*
No i teściowa dała jednej nocy popis... Zadzwoniła do teścia i powiedziała, że jest w starej kamienicy, na zniszczonej kanapie. Twierdziła, że czterech mężczyzn przetrzymuje ją siłą i chcą jej przetoczyć krew. Że ma ją ratować. Teściu nie wiedział co robić, myślał, że uciekła ze szpitala, że ktoś ją napadł, bo widział, że słaba więc pojechał pod wskazany adres. Spytał jak ma ją odnaleźć. Twierdziła, że przed wejściem do budynku stoi samochód (podała nawet markę) i że zacznie krzyczeć, to ją usłyszy.
Teściu chciał już dzwonić na policję, bo była tak wiarygodna w swojej opowieści, ale coś go tknęło. Zadzwonił do szpitala. Okazało się, że nic jej nie grozi, ze szpitala nie uciekła, tylko ześwirowała do reszty.
Teściu tym wszystkim załamany, zadzwonił do mojego szwagra by opowiedzieć co się z jego matką dzieje. Szwagier z pretensjami zadzwonił za to do mojego Lubego, że co teść wymyśla, że matka ma omamy i bredzi. On z nią rozmawiał i zachowywała się normalnie.
Debil...
Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Czy jakoś tak.
Teściowa robi pod siebie. Przestała odbierać telefony. Zastanawiam się czy jej po prostu do łóżka nie przywiązali skoro ma takie odchyły...
Modlę się by jak najdłużej trzymali ją w tym szpitalu, bo co z tego, że wróci do domu i znowu nie będzie chciała jeść. Po paru dniach albo tygodniach znowu by w szpitalu wylądowała. Błędne koło. No i ja będę miała przesrane jak ją wypiszą, bo teściu sam nie da sobie rady. Luby pracuje po 12-16 godzin dziennie. Szwagier mieszka ponad 150 km od matki. Innej rodziny nie ma na miejscu. Więc pewnie ja bym musiała wokół niej skakać. Co prawda łatwiej byłoby mi podać jej cyjanku aniżeli wody, ale to matka Lubego więc jak będzie trzeba, to w miarę możliwości pomogę. Choć biorąc pod uwagę zakaz wstępu do jej domu, pewnie będzie ciężko.
* Stephenie Meyer "Zmierzch"
Nie wiem skąd to się wzięło, ale ponoć w sobotę był jakiś Dzień Rodziny... czy coś w ten deseń. Z tej okazji w poniedziałek wyszłam z pracy dwie godziny szybciej, bo nasz pracodawca przyłączył się do tej akcji. Wiadomo, aktualnie mamy prorodzinny rząd więc i urzędy jemu podległe, chcąc nie chcąc, tańczą jak im pisiory zagrają.
Nie lubię hipokrytów i ludzi, którzy nie dotrzymują słowa.*
Głupia bym była jakbym z szybszego wyjścia nie skorzystała. W końcu płacą za cały dzień, tak jakbym była w pracy, a chodzi przecież o to by hajs na koncie się zgadzał. Choć zdaję sobie sprawę, że takie wyjście tylko piętrzy nasze zaległości. Na szczęście pracodawca o nas "dba". Skoro mogliśmy wyjść w poniedziałek dwie godziny szybciej, to w zamian za to mamy... pracującą sobotę... przez 8 godzin...
Bo w życiu nie ma nic za darmo.
Tak czy siak, dwie wolne godziny dla rodziny, wykorzystałam na lepienie pierogów. Dokładnie były to pierogi z zielonym farszem. Wyszło ich 52 sztuki.
2 szklanki mąki
pół szklanki gorącej wody
jajko
2 łyżki oleju + olej do smażenia
450 g bobu
300 g szpinaku
tymianek
sól, pieprz
Bób ugotowałam, obrałam i rozgniotłam tłuczkiem do ziemniaków. Na patelni rozgrzewamy trochę oleju. Wrzuciłam bób i szpinak (szpinak miałam mrożony). Chwilę smażyłam. Doprawiłam solą, pieprzem i tymiankiem.
Do miski przesiałam mąkę, wbiłam jajko, wolałam gorącą wodę, dwie łyżki oleju i szczyptę soli. Wyrobiłam elastyczne ciasto. Rozwałkowałam je bardzo cienko, szklanką wycięłam kółka, na środek każdego nałożyłam farsz i dokładnie zleciłam brzegi. Gotowałam w osolonej wodzie przez około 2 minuty od momentu wypłynięcia.
* Stephenie Meyer "Zmierzch"
Wczoraj był ostatni dzień urodzinowego urlopu. Dostaliśmy jednak niemiłą informację. Teściowa wylądowała w szpitalu.
Nasze relacje nie należą do najlepszych. W zasadzie odkąd postanowiliśmy się wyprowadzić, to traktuje mnie za wroga nr jeden i mam zakaz wstępu do jej domu. Nie widziałam jej od roku i nie ukrywam, że dobrze mi z tym faktem. Napsuła mi sporo krwi, ale jest to w końcu matka Lubego więc jakiś tam szacunek do niej mam.
Do szpitala trafiła na własne życzenie. Ciągle powtarzałam, że w końcu się doigra i się nie myliłam.
Postanowiłaś targnąć się na własne życie?*
Odkąd ją znam, czyli od blisko czterech lat, teściowa nie je. Żywi się chlebem i wodą. Dosłownie. Twierdzi, że nic więcej jeść nie może, bo się później źle czuje. Że boli ją żołądek, wątroba itd.
W mojej ocenie to chyba zwykłe skąpstwo, bo jak jeszcze mieszkaliśmy razem i zapraszałam na kawę, obiad, grilla czy na święta, to wpierdzielała, że aż się uszy trzęsły. Oczywiście, to za ostre, to zbyt spieczone, ciasto za suche, a w sałatce są oliwki, a ona nie lubi. Ale przywykłam, że w jej oczach jestem beznadziejną gospodynią i jednym uchem wpuszczałam, a drugim wypuszczałam.
Teściowa od kilku lat nie wychodzi z domu. Zaczęło się to kilka lat przed tym jak poznałam Lubego. Porusza się jedynie po 30 metrowym domku i kawałku ogrodu, a i to dla niej istna wyprawa. Nie pierze, nie sprząta, nie robi zakupów. Wszystko załatwia teściu, bo ona wiecznie zmęczona i sił nie miała.
Mówiłam, do lekarza, bo to normalne nie jest by kobieta w jej wieku tak żyła. W końcu dopiero co przeszła na emeryturę, a od lat nie była czynna zawodowo.
Mniejsza o przyczynę, liczył się efekt.*
Ale ona oczywiście mądrzejsza więc się doigrała. Była już tak słaba, że nie była w stanie sama usiąść, ale karetka odmówiła przyjazdu, bo skoro przytomna, to nie mają podstaw, a dobrowolnie iść do lekarza nie chciała. Aż w końcu zemdlała i trafiła do szpitala. Hemoglobina 3,5 g, a norma zaczyna się od 12 g. Totalny brak odporności. Dostaje krew, dziś ma mieć biopsję i gastroskopię.
Lekarze twierdzą, że w ostatniej chwili trafiła do szpitala, bo ma tak wycieńczony organizm, że jeszcze kilka dni, a nic nie byliby w stanie zrobić.
* Stephenie Meyer "Zmierzch"
Nareszcie nasz rząd zmądrzał i od soboty można oficjalnie chodzić na powietrzu bez szmaty na twarzy. Ja co prawda z tych co maseczki nie nosiłam i nosić nie zamierzam, ale zawsze lepiej wyjść na ulicę legalnie, bez rozglądania się czy gdzieś nie idzie milicja.
Niestety, sobota to również dzień kiedy pożegnałam swojego kolegę z czasów podstawówki... Nie sądziłam, że tak szybko będę chodzić na pogrzeby swoich rówieśników.
Na pogrzebie spotkałam trzy koleżanki z klasy. Szkoda, że po tylu latach od ukończenia szkoły, musiałyśmy spotkać się w tak smutnych okolicznościach.
Ja co prawda przyjechałam ostatnia. Nie jestem wierząca więc odpuściłam sobie różaniec. Stałyśmy pod kaplicą, powspominałyśmy stare czasy i czekałyśmy by udać się z kolegą na ostatni spacer. Odprowadziłyśmy go w jego ostatniej podróży, mówiąc, że nawet o pogodę zadbał, bo świeciło piękne słońce.
Wzruszenie chwyciło mnie za gardło.*
Kolega w urnie. Takie pogrzeby są łatwiejsze. Jak jest trumna, to ma się większą świadomość, że jest tam ktoś bliski. A tak to tylko kawałek ceramiki. Choć rozkleiłam się jak zobaczyłam jego mamę. Był jedynakiem więc nie trudno sobie wyobrazić w jakiej rozsypce była. Rodzice nie powinni chować dzieci. Nie taka jest kolej życia.
Na koniec co prawda ciśnienie mi się podniosło, bo wiadomo, że firmy pogrzebowe, które w dzisiejszych czasach załatwiają za rodzinę wszystko od A do Z, mają mnóstwo "atrakcji" dodatkowych. Trąbka, baldachim nad miejscem pochówku, pamiątka z pogrzebu czyli jakiś obrazek z modlitwą za zmarłego, fotograf. Ale ten fotograf przegiął pałkę. Na koniec powiedział, że goście mają się ustawić przy grobie na pamiątkowe zdjęcie... Może jeszcze się uśmiechnąć? Większość to olała i ludzie zaczęli się rozchodzić.
Zdjęcia z pogrzebu syna to raczej kiepska pamiątka w rodzinnym albumie. A wiadomo, człowiek podczas organizacji niezbyt wie co podpisuje i co jest w "ofercie" zakładu pogrzebowego.
Z koleżankami wymieniłyśmy się numerami z obietnicą, że musimy w końcu wybrać się na to od dawna planowane klasowe piwo.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.**
Życie toczy się jednak dalej i po południu z rodzicami i z Lubym świętowaliśmy moje urodziny. Pogoda pozwoliła wypić kawę na ogrodzie. Był tort, świeczki, a później grill i ognisko.
No i się trochę upiłam. Ja w zasadzie nie piję alkoholu, ale wczoraj piłam pierwszy raz w tym roku więc wystarczyło mi kilka drinków i miałam humorek. Ale czasami człowiekowi to jest potrzebne. Tym bardziej jak świętuje 30 urodziny.
Zrezygnowałam z wyprawiania urodzin w większym gronie, bo pogoda ostatnio jest w kratkę, a ja nie mam warunków by w razie brzydkiej pogody, przyjąć gości w domu. Zresztą ogród też jest w powijakach. Kostka nie położona, zadaszenie kupione, ale jeszcze nie rozłożone. Meble ogrodowe stare, każdy od innej parafii. Trzeba sporo zainwestować i wiele jeszcze zrobić. A aktualnie na nadmiar czasu i gotówki nie narzekamy.
Kiedyś to sobie odbiję.
* Stephenie Meyer "Zmierzch"
** Stephenie Meyer "Księżyc w nowiu"
Drugi dzień urodzinowego urlopu. Pogoda nieco się popsuła. Nie ma już tak mocnego słońca, na niebie więcej chmur więc stwierdziłam, że dosyć tego rumakowania i zabrałam się za ogarnianie chałupy co by weekend mieć bardziej wolny.
Dodatkowo wypaliłam ostatnie dwa papierosy i obiecując sobie, że rzucam palenie. Nie wiem czy to urodzinowy prezent, czy jednak bardziej kara, bo palę ponad pół życia. Zaczęłam popalać w pierwszej klasie gimnazjum i ja najzwyczajniej w świecie lubię palić. Co gorsze pali Luby i wszyscy pozostali domownicy więc będzie ciężko. Domyślam się, że tak od razu się nie uda, ale chcę się chociaż ograniczyć do palenia towarzyskiego.
Ludzie, a zwłaszcza mężczyźni, robią się drażliwi, kiedy doskwiera im głód.*
Kuchennych eksperymentów ciąg dalszy. Tym razem na obiad była tarta.
2 szklanki mąki
100 g masła + trochę do wysmarowania formy
5 jajek
2 łyżki zimnej wody
szklanka ugotowanego i obranego bobu
garść szpinaku
półtorej szklanki mleka
tymianek
sól, pieprz
bułka tarta
4 plasterki wędzonego boczku (w wersji dla mięsożerców)
Z mąki, masła, jednego jajka, szczypty soli oraz 2 łyżek wody wyrobiłam ciasto. Uformowałam je w kulę, zawiniłam w folię spożywczą i włożyłam na godzinę do lodówki. Formę do tarty wysmarowałam masłem i obsypałam bułką tartą. Następnie rozwałkowałam ciasto i wyłożyłam nim formę. Dno podziurkowałam widelcem i piekłam 10 minut w 180°C. W tym czasie ugotowałam bób. Pozostałe jajka wymieszałam z mlekiem i doprawiłam solą i pieprzem. Użyłam mrożonego szpinaku więc odcisnęłam go z nadmiaru wody. Dla Lubego boczek pokroiłam w paski. Na podpieczonym cieście rozłożyłam obrany, bób szpinak i boczek (w mięsnej wersji), całość zalałam masą jajeczną i posypałam tymiankiem. Piekłam 20 minut w tej samej temperaturze.
Dla Lubego wersja z boczkiem, dla mnie wege. Musiałam trochę improwizować, bo nie mam foremki do tarty, ale okrągłe pokrywki od naczyń żaaroodpornych też się nadały. Potrzeba matką wynalazku.
Wyszło pycha, bardzo syte. Polecam.
* Stephenie Meyer "Zmierzch"
Urodziłam się jako trzydziestopieciolatka i z roku na rok robię się coraz bardziej poważna.*
Stało się. Wczoraj skończyłam 30 lat.
Jak to jest?
Dziwnie.
Czuję się bardziej na 21. Właściwie na tym wieku się zatrzymałam i jak ktoś pyta mnie o wiek, to chwilę muszę się zastanowić. Jeśli chodzi o wygląd, to chyba też wyglądam młodziej niż wskazuje na to metryka, bo nadal zdarza się, że jestem proszona o dowód podczas zakupów np. w monopolu.
Czuję jednak, że życie nie idzie zgodnie z planem. Przez pierwsze 26 lat życia było OK. Robiłam to co sobie założyłam. Bo ja na życie miałam plan. I bardzo się go trzymałam.
Wymarzone liceum, studia - jedne, drugie, trzecie, praca od osiemnastego roku życia, rozwój zawodowy, taniec, treningi, kurs instruktora Zumba Fitness, podróże, poznanie Lubego, wymarzony duży pies...
Ale do trzydziestki miałam mieć też już dom, dożywotni kredyt i dziecko. Zamiast domu, jest mieszkanie, a właściwie pokój w piwnicy. Zamiast kredytu jest brak zdolności kredytowej. A jeśli o dziecko chodzi, to od dwóch lat nie stosuję antykoncepcji i nic. Zawsze sobie powtarzałam, że jeśli do trzydziestki nie będę miała dzieci, to nigdy ich nie będę miała więc stało się.
Akurat ten ostatni aspekt był dla mnie najmniej istotny i jakoś nad tym nie ubolewam, ale czuję, że przegrałam życie i jest to strasznie dołujące.
Czasu jednak człowiek nie oszuka. Skończyłam 30 lat i tego nie zmienię.
Z tej okazji na zapicie smutków, wzięłam z pracy dwa dni urlopu. Zakładowa psiapsi jednak o mnie pamiętała i zanim udałam się na urlop, to przyszła do mnie z prezentem już w środę. Proseco, czekolada, maseczki na twarz, przezabawne skarpetki z napisem "jak czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można", sojowa świeca i wywołany kolaż z naszych zdjęć. Bardzo miła niespodzianka.
W pierwszy dzień urodzinowego urlopu zrobiłam sobie całkowity relaks. Spałam do 9:30! Od rodziców dostałam róże i pieniądze żebym coś sobie kupiła. Czyli pieniędze wylądują na koncie oszczędnościowym. Zbieram grosz do grosza na wkład własny i koszty notariusza. Może kiedyś się uda.
Opowieść o zakazanej miłości.*
Pogoda nadal piękna więc opalania ciąg dalszy. Przy okazji skończyłam czytać "Zmierzch" Stephenie Meyer. To chyba książka, której nie trzeba przedstawiać. Sama czytałam tę książkę wiele razy i mimo że to raczej literatura bardziej dla nastolatek, to ja tam czuję się młodo i "Zmierzch" uwielbiam. Szczególnie pierwszą część. Uwielbiam moment kiedy Edward i Bella się spotykają po raz pierwszy, kiedy się poznają, to jakie targają nimi emocje (pomijając uczucie głodu u Edwarda). Bo niby jest to trochę horror, trochę jakaś fantastyka, ale z drugiej strony super pokazane życie uczuciowe i co się dzieje wtedy w naszych głowach i sercach. Do tego główna bohaterka, to taka trochę ja. Potrafi potknąć się na prostej drodze, wf jest jej traumą, przyciąga nieszczęścia niczym magnez, nie lubi zimy, śniegu i wilgoci. No wypisz wymaluj ja.
Od autora:
"Zmierzch to porywająca opowieść o miłości, łącząca cechy horroru, romansu i powieści o dojrzewaniu. Jej bohaterka, siedemnastoletnia Isabella Swan, przeprowadza się do ponurego miasteczka w deszczowym stanie Washington, gdzie spotyka tajemniczego, niezwykle przystojnego Edwarda Cullena. Chłopak ma nadludzkie zdolności - nie można mu się oprzeć, ale i nie można go przejrzeć. Bella usiłuje poznać jego mroczne sekrety, nie zdaje sobie jednak sprawy, że naraża tym siebie i swoich najbliższych na niebezpieczeństwo. Już niedługo może nie być odwrotu..."
Tym razem nie sięgnęłam po "Zmierzch" przypadkiem. Na Boże Narodzenie od Lubego dostałam dwie kolejne części tej serii. Do tej pory miałam w domu i czytałam cztery pierwsze części więc stwierdziłam, że całość sobie odświeżę zanim sięgnę po nowości.
Tak jak wspomniałam, czytałam na ogrodzie, słoneczko cudnie świeciło i zupełnie nie zauważyłam, kiedy spiekłam się na machoń. Ała, boli.
Śmierć nie była ci jeszcze najwyraźniej pisana.*
Niestety urodziny zakończyły się niemiłą informacją. Odezwał się mój mesenger. A tam założona grupa z ludźmi z czasów podstawówki. Okazało się, że jeden nasz kolega z klasy nie żyje.
Jak w dniu 30 urodzin dostaje się wiadomość, że twój rocznik zaczął schodzić na tamten świat, to jest to dość przerażające.
Kolega najprawdopodobniej miał wypadek samochodowy. Pogrzeb będzie w sobotę. Zrobiliśmy zrzutkę na kwiaty. Padły wstępne deklaracje kto go pożegna na cmentarzu.
Zgrabne poruszanie się w tańcu bez wątpienia nie leżało w zasięgu moich możliwości.*
Smutne to bardzo, bo mam z nim bardzo miłe wspomnienia. Byliśmy miss i mister kultury osobistej. A kiedyś podczas jakiejś szkolnej zabawy, pobił się o mnie, z innym kolegą. Był to albo jakiś bal przebierańców albo szkolna dyskoteka. Już nie pamiętam, ale od "didżeja" usłyszeliśmy, że to już koniec, ostatni taniec. No i dwóch kolegów chciało ze mną zatańczyć. Ich dwóch, ja jedna. Żeby załagodzić sytuację w końcu tańczyliśmy w kółeczku, ale do dziś miło to wspominam.
* Stephenie Meyer "Zmierzch"
Poniedziałek
Udało się! Nowy podział obowiązków w pracy poszedł po mojej myśli. Moja koleżanka z pokoju, nadal jest moją koleżanką, kierownik jej nie przeniósł więc bardzo się z tego cieszę.
Pojawiła się też nasza chorowitka. Okazało się, że jest mi z twarzy znana. Poczułam się jak zakładowy dinozaur. Uświadomiłam sobie ile to już lat pracuję w tym miejscu, skoro ją kojarzę.
Tak czy siak, póki co, sytuacja nieco się uspokoiła, a co za tym idzie, także i ja. Co prawda nie jest to praca moich marzeń, ale rozsądek podpowiada by na razie jej nie zmieniać. Emocje opadły i mam nadzieję, że chociaż przez jakiś czas będzie spokój.
Przyjemnie było obserwować, jak stopniowo nabiera zaufania do mojej kuchni.*
Obiad zarówno dla Lubego (przynajmniej tak twierdzi), jak i dla mnie, wyszedł pycha.
Sama muszę przyznać, że ten jego indyk w gorczycy pachniał smakowicie.
udziec z indyka
3 ząbki czosnku
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka pieprzu
1-2 łyżki oliwy
3 łyżki musztardy francuskiej z całymi ziarnami gorczycy
0,5 łyżeczki miodu
1 łyżeczka słodkiej papryki w proszku
1 łyżeczka kolendry
1 łyżeczka soku z cytryny
1 łyżka masła.
Mięso umyłam i osuszyłam. Czosnek obrałam i pokroiłam na słupki. W kilku miejscach podźgałam indyka nożem i w dziury powtykałam czosnek. Natarłam solą i pieprzem. Oliwę wymieszałam z musztardą, wszystkimi przyprawami, miodem i sokiem z cytryny. Marynatą natarłam mięso i odstawiłam na kilka godzin do lodówki. Po tym czasie ułożyłam mięso w naczyniu żaroodpornym (skórą do góry). Wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 190°C. Piekłam pod przykryciem 60 minut, po czym na wierzchu ułożyłam masło i piekłam na termoobiegu jeszcze 15 minut, ale już bez przykrycia.
Luby ma problem z obieraniem mięsa, jeśli są kości więc podałam jako mięso pokrojone w plastry.
Ja mięsa nie jem więc miałam inny obiad. Dla siebie zrobiłam panierowane tofu.
opakowanie wędzonego tofu
1 jajko
szklanka płatków kukurydzianych
po szczypcie czosnku suszonego, papryki słodkiej mielonej, bazylii i ziół prowansalskich
olej do smażenia
Płatki kukurydziane rozdrobniłam w blenderze. Tofu pokroiłam w paski. Jajka roztrzepałam z przyprawami. Pokrojone tofu zanurzałam w jajku, a następnie w płatkach kukurydzianych. Wstawiłam do lodówki na 20 minut. Po tym czasie opanierowane tofu smażyłam na rozgrzanym oleju ze wszystkich stron. Usmażone, odłożyłam na papierowy ręcznik, by odsączyć z nadmiaru tłuszczu.
Luby to mięsożerca i moje wege eksperymenty traktuje zazwyczaj jako dodatek do obiadu, a nie jako danie główne. Niestety, tofu nie lubi. Ja nie jestem tego w stanie pojąć, bo szczególnie wędzone tofu, to dla mnie coś pysznego, a to panierowane wyszło mi palce lizać. Taka wege alternatywa dla mięsnych nuggetsów albo paluszków rybnych. Choć te moje były zdecydowanie bardziej chrupiące. Szczerze polecam, nie tylko dla osób, które ograniczają mięso.
Wtorek
Od wczoraj pogoda w końcu przypomina wiosnę, a może nawet i lato. Jest ciepło i nawet poranki są już fajne. Wychodzę z domu chwilę po 5:00 więc bywa, że nawet latem jest rześko i mam na sobie lekką kurtkę albo sweter. A tu wychodzę z psem w narzuconym sweterku i jest fajnie. Właściwie ten sweterek nie byłby potrzebny, ale wiem, że pierwsze ciepłe dni bywają zdradliwe i nie mam zamiaru się przeziębić, bo teraz lekarze uznają tylko jedną słuszną chorobę - covid. Sama miałam sytuację, że chodziłam chora i kierownictwo stwierdziło, że nie dopuści mnie do pracy w takim stanie. Co usłyszałam od lekarza na teleporadzie? "Proszę kupić sobie coś na przeziębienie w aptece". A przy ataku korzonek pani doktor powiedziała "przecież pani w pracy tylko siedzi i klika więc w czym problem". Od tego momentu całkowicie się zraziłam i unikam tych konowałów szerokim łukiem.
Ale nie da się ukryć, że obecna pogoda, to miła odmiana po tylu zimnych dniach. Aż żal do pracy chodzić.
W pracy okazało się, że i chorowitka mnie pamięta. Ponoć, te kilka lat temu, nawet razem jeździłyśmy tramwajem do domu i pamięta jak rozmawiałyśmy. Wtedy właśnie zmieniałam pracę, bo dostałam się do PZU. Ona po tylu latach pamięta o czym rozmawiałyśmy, a ja nawet nie pamiętam, że kiedykolwiek miałyśmy większy kontakt niż cześć wymienione na korytarzu. No cóż. Ja większej wagi do ludzi w pracy nie przywiązuję.
Prosto z Ministerstwa dostaliśmy nowy przydział maseczek. Ubaw z tego był po pachy, bo maseczki prosto z Chin. Z czerwoną urzędową pieczęcią. Podejrzewamy, że są to maseczki zarekwirowane przez naszych kolegów celników z Aliexpress. Chińskiego żadna z nas niestety nie zna, ale pewnie się w tej kwestii nie mylimy. Jeśli ktoś nie dostał maseczek z Ali, to sorki, są u mnie...
Tym razem do maseczek dostałyśmy kartoniki, do samodzielnego złożenia. Miałyśmy przełożyć chińskie maseczki do kartoników żeby nie podpadało. No cóż, najciemniej pod latarnią...
Zamierzam siedzieć na dworze i naprodukować tyle witaminy D, ile się tylko da.*
Po pracy stwierdziłam, że skorzystam z tej pięknej pogody. Wystawiłam swoje cielsko na słońce. Wiadomo, że po godzinie 17:00, to już nie jest tak silne słońce by się mocno opalić. Zresztą nie jestem fanką opalenizny na skwarkę. Stety niestety, przypominam córkę młynarza. Niejeden rudzielec ma ciemniejszą karnację niż ja. Śmiało mogłabym uchodzić za albinosa, bo nawet rzęsy mam blond. Kiedyś i brwi były u mnie tak jasne, że nie było ich widać, ale na szczęście ściemniały.
Dlatego zachłannie korzystam z promieni słonecznych by choć trochę kolorku nabrać. Uwielbiam taką pogodę.
Wyluzuj, weź głęboki wdech. Kocham cię.*
Luby jak wrócił z pracy, chciał jechać do Leroy Merlin i do Castoramy. Wsiedliśmy do auta, nie zastanawiając się do której czynne są sklepy. W drodze stwierdził żebym sprawdziła w komórce godziny otwarcia. Wzięłam jego telefon, bo swój zostawiłam w domu. Weszłam w wyszukiwarkę, w tam wyświetliła mi się ostatnia oglądana strona. PornHub gorące blond lesbijki.
Ogólnie z dwojga złego lepiej by takie filmy oglądał aniżeli poszedł i sobie bzykał na boku. Zresztą każdy facet to ogląda. Ale co innego wiedzieć, że ogląda (nigdy tego nie ukrywał), a co innego poniekąd go na tym przyłapać. Uczucie tym bardziej dziwne, że ogląda seks lesbijski. Stwierdził, że to niezdrowe jak facet ogląda faceta, ale dwie babeczki spoko.
Dla mnie jednak jest to dziwne, bo to tak jakbym ja oglądała seks gejowski. Nie mówię, kilka takich filmów oglądałam, jak się okazało, że mój znajomy, w kilku takich filmach wystąpił, ale dwóch facetów, to nie moja bajka.
Nie zrobiłam awantury ani nic takiego, raczej się z tego śmialiśmy. Sama parę razy filmy porno oglądałam. Więc o co tu aferę robić.
Środa
W pracy miałam miłą niespodziankę. Moja zakładowa psiapsi pamiętała o moich urodzinach i zrobiła mi mega prezent, ale o tym napiszę przy okazji relacji z urodzin.
Rozkoszowałam się samotnością.*
Po pracy znowu relaks. Po godzinie 17:00 były jeszcze 33°C w cieniu. Położyłam się w hamaku. Oko mi się na kilka minut przymknęło, ale fajnie tak odpocząć na powietrzu. Słonko, lekki wiaterek, bujanie na hamaku. Cisza, spokój, raj.
W kuchni robi dzikie eksperymenty.*
Obiad dla Lubego miałam przygotowany wcześniej. Kacze piersi w pomarańczach.
pierś z kaczki
1 pomarańcza
1 łyżeczka suszonego tymianku
1 łyżeczka czosnku granulowanego
sól, pieprz
1 łyżka masła
Mięso umyłam i osuszyłam. Ostrym nożem nacięłam skórę, tak by powstała ukośna kratka. Pierś natarłam przyprawami i owinęłam folią spożywczą. Włożyłam na noc do lodówki. Na drugi dzień na patelni rozgrzałam masło. Włożyłam pierś - skórą do dołu i smażyłam 5 minut. Odwróciłam na drugą stronę i smażyłam jeszcze 3 minuty. Następnie przełożyłam pierś do naczynia żaroodpornego. Obrałam pomarańczę, podzieliłam na cząstki. Część pomarańczy wycisnęłam na sok i zalałam nim pierś, część cząstek ułożyłam na piersi. Przykryłam podziurkowaną folią aluminiową i piekłam 15 minut w temperaturze 160°C. Po tym czasie zdjęłam folię i piekłam jeszcze 5 minut na termoobiegu.
Sama nigdy kaczki nie jadłam, ale jak kroiłam ją Lubemu, to była tak mięciutka w środku, normalnie jak masło. Luby był zachwycony, bo mam tendencję do zbytniego wysuszania mięsa drobiowego. A to było z wierzchu mocno spieczone i chrupiące, a w środku lekko czerwone, ale nie surowe. Jestem z siebie dumna!
* Stephenie Meyer "Zmierzch"
Weekend miałam pracowity.
Pranie... Muszę zrobić małe zakupy.*
W sobotę pojechaliśmy na zakupy. Sklep odwiedzamy raz w tygodniu, czasami nawet rzadziej więc trochę nam się zeszło. Na szczęście zawsze jadę uzbrojona w listę zakupów więc nie ma opcji by o czymś zapomnieć. Mi co prawda poszłoby zdecydowanie szybciej, ale Luby uwielbia łazić po sklepach. Do Castoramy jeździ rekreacyjnie. Taka forma rozrywki. Ale i w Auchan się nie nudzi. Wszystko ogląda, dotyka, pyta czy może, bo na pewno mu się to przyda. A jak kupuje sobie zapasy jedzenia do pracy, to dochodzę do wniosku, że taniej jest go ubierać niż żywic. Efekt? Ponad 500 zł wydane.
Niedzielę za to spędziłam na praniu i gotowaniu. Pogoda w końcu zrobiła się wiosenna więc pralka działała na pełnych obrotach.
Była kucharką pełną fantazji i jej eksperymenty nie zawsze nadawały się do spożycia.*
Stwierdziłam też, że czas wrócić do domowych wypieków i eksperymentów kulinarnych. Kiedyś co weekend było domowe ciasto. Później przez przeprowadzkę, remonty i inne obowiązki, jakoś od tego odeszłam.
Odkopałam kilka ciekawych przepisów więc większość dnia spędziłam w kuchni. Najpierw zrobiłam szybkie i bardzo proste brownie z wiśniami.
2 szklanki mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1,2 szklanki cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego
3 łyżki kakao
2 łyżeczki cynamonu
szczypta soli
3 jajka
1 szklanka oleju
0,5 szklanki mleka
1 szklanka wiśni z kompotu lub mrożonych
1 opakowanie polewy czekoladowej.
Do miski przesiałam mąkę z proszkiem do pieczenia. Dodałam cukier i cukier waniliowy, kakao, sól i cynamon. Wymieszałam suche składniki, po czym dodałam jajka, wlałam olej i mleko. Wymieszałam wszystkie składniki na gładką masę. Do ciasta dodałam wiśnie i delikatnie wymieszałam. Formę wyłożyłam papierem do pieczenia i napełniłam ciastem. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180°C. Piekłam 45 minut (ostatnie 15 minut na termoobiegu). Polewę rozpuściłam wg przepisu na opakowaniu. Oblałam nią wystudzone ciasto i gotowe.
Pycha! Naprawdę polecam!
Ja co prawda nie jem mięsa, ale mój Luby to typowy mięsożerca więc przygotowałam dla niego obiady na przyszły tydzień. Gotowanie codziennie trzech różnych obiadów jest dla mnie męczące więc wolałam poświęcić niedzielę na przygotowanie części posiłków. Co prawda Magda Gessler rzuciłaby w tym momencie talerzem, bo jestem wielką fanką mrożenia, ale dom to nie restauracja, a mój czas w ciągu tygodnia to towar deficytowy.
Przygotowałam indyka i zamarynowałam kaczkę. Jutro będzie pieczona. Przepisy pojawią się jak Luby spróbuje co też z tego wyszło.
Znalazłam też chwilę dla siebie i zrobiłam sobie hybrydy. Krwią się zalał tylko jeden palec więc wycinanie skórek idzie mi coraz lepiej. W końcu też wypróbowałam lampę, którą dostałam od Lubego na święta. Ma większą moc więc czas naświetlania jest dużo krótszy. Jestem zadowolona. Z koloru również, bo użyłam mojej ulubionej mięty od Semilaca.
* Stephenie Meyer "Zmierzch"W pracy pojawiło się światełko w tunelu i może to nie pociąg jedzie. Ale od początku...
Po chorobowym wróciła dziś do pracy moja koleżanka z pokoju. Nadal kaszląca, zachrypnięta i pociągająca. Jak przekazałam jej (nieoficjalnie) najnowsze rewelacje, to chyba miała ochotę uciekać spowrotem do łóżka. Nie muszę chyba dodawać, że jej również pomysł kierownika nie przypadł do gustu.
Jak wszyscy przyszli do pracy, to kierownik zwołał zebranie i oficjalnie poinformował o swoim pomyśle. Przenosiny poszczególnych osób miały się odbyć w ciągu dnia, ale nikomu się do tego nie spieszyło.
Po południu kierownik mnie zaczepił na korytarzu. Wracał właśnie z rozmowy z "górą". Okazało się, że nasza chorowita koleżanka, ma jakiś papier, że nie może pracować... i teraz do końca nie wiem, bo nie zrozumiałam, czy chodzi o obsługę bezpośrednią czy o popołudniowe dyżury. Tak czy siak, cały jego plan odnośnie tego, kto, gdzie i co będzie robił, rozsypał się jak domek z kart.
No i zaczął przedstawiać mi swój nowy "genialny" plan. Że zabierze mi moją koleżankę z pokoju, da nową, ale tylko do końca miesiąca, bo później dołączy do mnie ta chorowitka!
Miałam świadomość, że nie należę do osób przesadnie taktowanych.*
Nie wytrzymałam! Czara goryczy się przelała. Grzecznie, aczkolwiek stanowczo, dałam mu do zrozumienia, że chyba go podziubało.
W połowie marca dołączyła do mnie obecna koleżanka, wszystkiego jej nauczyłam, poświęciłam czas, zrobiłam sobie zaległości w pracy i teraz mi ją zabiera. Daje nową, na raptem 3 tygodnie. Nauczę ją, poświęcę swój czas, zaległości się zwiększą i znowu mi przeszkolonego pracownika zabierze. Po to by dać mi kolejną osobę do szkolenia. Znowu poświęcę czas, a zaległości będą już tak gigantyczne, że się nie pozbieramy. I nie ukrywajmy, skoro chorowitka od 6 lat skutecznie unikała chodzenia do pracy, to raczej skora do współpracy nie będzie.
Powiedziałam wprost, że nie rozumiem tych decyzji. Że powinien się z tym przespać i jeszcze raz wszystko przemyśleć. Bo moja obecna koleżanka z pokoju załapała, wie co ma robić, całkiem nieźle jej idzie i sama mówi, że nie chce się przenosić.
Nieśmiało budziła się we mnie nadzieja, że oto stąpam po wodzie, zamiast w niej tonąć.*
Kierownik zaczął się zastanawiać nad tym co powiedziałam i chyba coś do niego dotarło, bo powiedział, że weźmie sobie moje uwagi do serca, a po chwili chodził po pokojach i mówił żeby z przenosinami poszczególnych osób wstrzymać się do poniedziałku.
Alleluja!
Mam nadzieję, że weekend mu wystarczy by zmądrzeć.
Ale to nie koniec dobrych informacji!
Zanim jednak do tego dojdę, to pragnę zaznaczyć dwie kwestie.
Po pierwsze nie jestem osobą mściwą, ale na pewno jestem pamietliwa. Nie daję drugiej szansy jeśli ktoś mi na odcisk nadepnie i wyznaję zasadę, że karma wraca (a jak nie wraca to trzeba jej trochę pomóc). Dobra! Jestem mściwa... Przynajmniej jeśli o mojego szwagra chodzi. Wyrządził mi sporo krzywdy, robił wszystko bym rozstała się z Lubym, buntował swoją rodzinę przeciwko mnie i nie ważne co bym zrobiła, to zawsze znalazł jakiś powód do zaczepki. Kłamał na mój temat, rozsiewał nieprawdziwe informacje, obrażał. Książkę bym mogła o nim napisać, ale niewarto. Poniekąd to przez niego zostaliśmy zmuszeni zamieszkać w piwnicy więc jakby się palił, a ja miałabym wodę, to na pewno bym ją wypiła. On nie lubi mnie. Ja nie lubię jego. Jesteśmy więc kwita. W końcu ze szmaty jedwabiu nie zrobisz.
Po drugie, każdy z nas ma swój rozum. Temat szczepień na covid-19, to indywidualna decyzja każdego z nas. Ile ludzi, tyle opinii i szanuję odmienne zdanie innych. Chcesz się szczepić? Zaszczep się. Nie chcesz? To tego nie rób. Każdy z nas ma swoje życie w swoich rękach i jak się będzie z nim obchodził, to nikomu nic do tego.
Ale do sedna...
Do Lubego zadzwoniła Stara (czyt. moja szanowna teściowa). Niby ot tak pytała, czy będziemy się szczepić. My albo moi rodzice.
W tym temacie o dziwo wszyscy mówimy jednym głosem. NIE!
Co się okazało? Że mój "mądry" szwagier się zaszczepił. Przechodził co prawda koronawirusa, ale przecież w TV mówią żeby się szczepić, to się zaszczepił.
Ponoć covid w porównaniu do tego jak się czuje teraz, po szczepieniu, to małe piwo. Ma wysoką gorączkę, kaszel, duszności i tyle co podsłuchałam z rozmowy Lubego, to wolałby drugi raz zachorować.
Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, jak chciałabym umrzeć.*
Pierwsza moja myśl. Ja się nie szczepię więc nie licz na to, że pozbędziesz się mnie tak łatwo.
Druga myśl - karma... A jednak wraca.
* Stephenie Meyer "Zmierzch"
Los nie miał w zwyczaju się do mnie uśmiechać.*
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Z dobre trzy godziny odwracałam się z boku na bok. Stresowałam się rozmową z kierownikiem, bo wiem, że on nie lubi jak podważa się jego (durne) pomysły. Nie wiedziałam jak to rozegrać by nie strzelić sobie w kolano. Ostatecznie, niepotrzebnie zaprzątałam sobie głowę, bo i tak do niczego mądrego nie doszłam i los zadecydował za mnie. Do rozmowy nie doszło, bo pojawiły się dość istotne komplikacje.
W moim dziale jest spore grono osób, które ciągną L4 tak długo jak tylko mogą. W pracy częściej ich nie ma, aniżeli są, a co za tym idzie, połowa naszego zespołu, to ludzie na umowach zastępstwo.
Rekordzistka z L4 nie wróciła do pracy od 2015 roku! Mimo że jest z nami w dziale, to nawet nie wiem jak wygląda, bo nie miałyśmy okazji się poznać. Ja pracę zaczęłam w 2012 roku, pracowałam dwa lat. Później miałam rok przerwy, bo szukałam szczęścia gdzie indziej. Wróciłam pod koniec 2015 roku i się z nią minęłam.
Tak czy siak zmieniły się w tym roku przepisy odnośnie L4 i teraz kombinatorzy mają trochę gorzej. Okazało się, że nasza "wiecznie chora" koleżanka, trafiła na komisję lekarską i została przez orzeczników uzdrowiona. Musi wrócić do pracy. Co prawda odwoływała się od tej decyzji, ale na nic jej się to zdało.
Nas to nie dziwiło. Wszyscy w pracy wiedzą, że to "lewe" zwolnienia. Zaliczyła chyba wszystkie kody chorób wszelakich, z psychiatrami włącznie, a nigdy na nic się nie leczyła ani niczego jej nie zdiagnozowali. Ponoć twierdziła, że to choroba jeszcze nie odkryta... Także ten... Jak do nas dołączy, to zapewne będzie wesoło.
Życie nie jest fair i tyle.*
Niestety, jej powrót oznacza odejście jednej z dziewczyn, która ma za nią umowę. Dziewczynę, która chodzi do pracy, która wie co robi i jest z niej pożytek. Naprawdę dla nas to wielka strata.
Czasami zastanawiam się, czy naprawdę odbieram świat w ten sam sposób, co inni. Może mam coś z głową?*
Mam wrażenie, że moje szefostwo nie myśli. Pozbywają się dziewczyny, która jest z nami od dawna, a wczoraj zatrudnili kolejną osobę i też na zastępstwo. Gdzie tu sens? Gdzie logika? Przecież wystarczyło anulować wczorajszy nabór i nikt by od nas nie odchodził. Nikogo nie trzeba byłoby uczyć i marnować czasu, którego tak bardzo nam brakuje.
Kierownik przez tą całą sytuację chodził mocno struty więc tematu mojej nowej koleżanki nawet nie śmiałam poruszyć. Tym bardziej, że przez kogoś innego został rzucony temat nadgodzin.
Właściwie wszyscy mamy gigantyczne zaległości. Dlatego kierownik w drodze wyjątku zgodził się na podpisanie nadgodzin. Niestety, u nas nagdodziny nie są płatne. Można jedynie wybrać wolne za przepracowane ponad normę godziny. Kierownik postawił jednak dwa ALE. Po pierwsze nie możemy przyjść szybciej do pracy, musimy zostać dłużej, po pracy. Po drugie, jeśli uzbiera nam się 8 godzin, to nie możemy wybrać całego dnia wolnego, tylko pojedyncze godziny.
Rozwiązanie dla mnie beznadziejne więc niech mnie w dupę cmokną, za przeproszeniem. Na żadne nadgodziny nie przyjdę.
Jakbym mogła przyjść szybciej, to zupełnie co innego. Zostać dłużej nie mogę, bo pies nie wytrzyma ponad 12 godzin bez spaceru. Zresztą wybieranie pojedynczych godzin też mnie nie bawi. Czas dojazdu do i z pracy, to dla mnie 2-3 godziny dziennie. Zwyczajnie wyjście z pracy szybciej mnie nie urządza, bo i tak stracę czas na dojazd i nic z dnia mieć nie będę.
Ta moja praca jest jednak chora...
* Stephenie Meyer "Zmierzch"
Nawiązywanie kontaktów z rówieśnikami przychodziło mi z trudem. Tak naprawdę nawiązywanie kontaktów z kimkolwiek przychodziło mi z trudem.*
Mamy w pracy nową koleżankę. Co prawda jest na zastępstwo, ale zawsze to para rąk do pracy, a tych u nas brakuje. Ale jest jedno ALE. Ma trafić do mnie i niezbyt mi się to podoba.
Od początku marca przyuczałam jedną dziewczynę. Myślałam, że ze mną zostanie na dłużej. Zresztą szybko zapała i dobrze nam się współpracowało, a ja nie należę do osób, które szybko nawiązują nowe znajomości. Jak kogoś dobrze poznam, to jestem duszą towarzystwa, ale zanim poznam, to podchodzę jak pies do jeża.
A tu kierownik wymyślił, że mi "starą" koleżankę zabierze, przerzuci na inny podatek i da kolejnego świeżaka na naukę. Nie uśmiecha mi się to, bo mamy spore zaległości, a jak wiadomo, uczenie nowej osoby, to czas, który muszę jej poświęcić. Przez dobry tydzień nie będę w stanie robić nic innego, a później przez kolejny tydzień jak nie dwa, będę musiała ją pilnować i sprawdzać. Oczywiście, za jej ewentualne błędy, beknę ja. Więc perspektywa kiepska.
Nie ukrywam też, że jestem już zmęczona uczeniem nowych osób. Przez moje ręce przeszło już conajmnej 10 osób. Z czego pracuje tylko jedna. Albo sami rezygnują jak zobaczą na czym polega ta praca, albo są przenoszeni do innych działów, albo zwyczajnie się nie sprawdzają i nie dostają przedłużonej umowy. Dlatego mam wrażenie, że ucząc nowe osoby tylko marnuję czas.
O nowej dowiedziałam się dzisiaj i to w warunkach, gdzie nie mogłam sprawy przedyskutować. Kierownik zawołał mnie do siebie. Była tam ta nowa. W jej obecności przedstawił swój pomysł i spytał czy się zgadzam. Głupie pytanie. Od kilku lat wiem, że w pracy mam niewiele do powiedzenia. A zresztą nie wypadało powiedzieć nie. Raczej nowej nie zrobiłoby się miło jakbym powiedziała, że nie chcę jej u siebie. Kierownik nie ma za grosz wyczucia w takich kwestiach.
Muszę się z tym przespać i jutro do niego podejść by porozmawiać w cztery oczy. Bo jaki jest sens przerzucać osobę, która u mnie się sprawdza i uczyć jej czegoś nowego? Ta jest nowa więc nieważne gdzie pójdzie. I tak zaczyna od zera.
No i kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę zmienić pracę. Muszę!
* Stephenie Meyer "Zmierzch"
Mam nadzieję, że lubisz rozczarowania.*
Jaka była pogoda na majówkę, każdy widział. Normalnie all inclusive - zimno, wieje, pada. Całą niedzielę przesiedzieliśmy w domu. Jedynie wychodziliśmy na krótkie spacery z psem, z których wracaliśmy przemoczeni do suchej nitki. Zziębnięci wskakiwaliśmy prosto pod kołdrę. Luby sobie drzemał, a ja czytałam książkę.
W poniedziałek trochę się przejaśniło. Przynajmniej przestało ciągle padać. Posprzątaliśmy trochę na ogrodzie, ale niewiele można było robić, bo przecież święto. Nie wypada hałasować. Prace ogrodowe przy użyciu piły, kosiarki czy nożyc, muszą poczekać. Jedynie pocięliśmy wykopany żywopłot, bo w środę wywożą zielone i na tym koniec.
Moja majówka trwała jednak dzień dłużej, bo musiałam wybrać dzień wolny za święto przypadające w sobotę. Luby niestety szedł normalnie do pracy więc skupiłam się na porządkach, bo przez majówkę niewiele zrobiłam.
A w "domu" zawsze jest co robić. Z racji tego, że mieszkamy w piwnicy, obok nas są dwa pomieszczenia ze składem opału oraz kotłownia z piecem. Wycierać kurze można non stop. A w naszym pokoju część mebli jest biała. O toalecie nie wspomnę. Ciągle się kurzy. I ciągłe muszę pozbywać się nieproszonych gości w postaci pająków. Niby moskitiery w oknach, ale wchodzą skubańce do środka razem z węglem i drewnem. Tak też niby dzień wolny, a się narobiłam.
Mój wygląd nie mógł mi pomóc.*
Znalazłam jednak trochę czasu dla siebie. Stwierdziłam, że trzeba o siebie zadbać i doprowadziłam swoje pazury do ładu. W tym roku jeszcze ani razu nie robiłam sobie hybryd, nie usuwałam skórek itd. więc łatwo się domyśleć, że moje ręce były mocno zaniedbane. Szpony obcięłam najkrócej jak się dało, ogarnęłam skórki. Oczywiście krew się lała, bo zawsze się pozacinam. Póki co dałam sobie spokój z hybrydą. Użyłam jedynie bezbarwnej odżywki by paznokcie nieco doszły do siebie, bo prace w ogrodzie, domowa chemia itd. im nie sprzyjają, a ja nie potrafię niczego robić w rękawiczkach.
Tak czy siak, taka mała rzecz zrobiona dla siebie, a czuję się lepiej. Zawsze swoje potrzeby odkładam na sam koniec, bo przecież są ważniejsze rzeczy do zrobienia, że ostatecznie, zazwyczaj dla siebie czasu nie mam. Pora to chyba zmienić i trochę o siebie zadbać.
Nikt cię jeszcze nie uświadomił? Takie jest życie.*
Starałam się pohamować narastający we mnie gniew, bałam się bowiem, że z oczu zaraz pociekną mi łzy. Nie wiedzieć czemu, jedno z drugim było u mnie powiązane. To żenujące, ale często płakałam ze zdenerwowania.*
Była kucharką pełną fantazji i jej eksperymenty nie zawsze nadawały się do spożycia.*
Gdyby spojrzenia mogły zabijać.*