14 maja 2021

30 lat minęło - część pierwsza czyli czas podsumowań, "Zmierzch" i odejście kolegi

 

Urodziłam się jako trzydziestopieciolatka i z roku na rok robię się coraz bardziej poważna.*


Stało się. Wczoraj skończyłam 30 lat. 

Jak to jest? 

Dziwnie. 

Czuję się bardziej na 21. Właściwie na tym wieku się zatrzymałam i jak ktoś pyta mnie o wiek, to chwilę muszę się zastanowić. Jeśli chodzi o wygląd, to chyba też wyglądam młodziej niż wskazuje na to metryka, bo nadal zdarza się, że jestem proszona o dowód podczas zakupów np. w monopolu. 

Czuję jednak, że życie nie idzie zgodnie z planem. Przez pierwsze 26 lat życia było OK. Robiłam to co sobie założyłam. Bo ja na życie miałam plan. I bardzo się go trzymałam.

Wymarzone liceum, studia - jedne, drugie, trzecie, praca od osiemnastego roku życia, rozwój zawodowy, taniec, treningi, kurs instruktora Zumba Fitness, podróże, poznanie Lubego, wymarzony duży pies... 

Ale do trzydziestki miałam mieć też już dom, dożywotni kredyt i dziecko. Zamiast domu, jest mieszkanie, a właściwie pokój w piwnicy. Zamiast kredytu jest brak zdolności kredytowej. A jeśli o dziecko chodzi, to od dwóch lat nie stosuję antykoncepcji i nic. Zawsze sobie powtarzałam, że jeśli do trzydziestki nie będę miała dzieci, to nigdy ich nie będę miała więc stało się. 

Akurat ten ostatni aspekt był dla mnie najmniej istotny i jakoś nad tym nie ubolewam, ale czuję, że przegrałam życie i jest to strasznie dołujące. 

Czasu jednak człowiek nie oszuka. Skończyłam 30 lat i tego nie zmienię. 

Z tej okazji na zapicie smutków, wzięłam z pracy dwa dni urlopu. Zakładowa psiapsi jednak o mnie pamiętała i zanim udałam się na urlop, to przyszła do mnie z prezentem już w środę. Proseco, czekolada, maseczki na twarz, przezabawne skarpetki z napisem "jak czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można", sojowa świeca i wywołany kolaż z naszych zdjęć. Bardzo miła niespodzianka.

W pierwszy dzień urodzinowego urlopu zrobiłam sobie całkowity relaks. Spałam do 9:30! Od rodziców dostałam róże i pieniądze żebym coś sobie kupiła. Czyli pieniędze wylądują na koncie oszczędnościowym. Zbieram grosz do grosza na wkład własny i koszty notariusza. Może kiedyś się uda. 


Opowieść o zakazanej miłości.*

 

Pogoda nadal piękna więc opalania ciąg dalszy. Przy okazji skończyłam czytać "Zmierzch" Stephenie Meyer. To chyba książka, której nie trzeba przedstawiać. Sama czytałam tę książkę wiele razy i mimo że to raczej literatura bardziej dla nastolatek, to ja tam czuję się młodo i "Zmierzch" uwielbiam. Szczególnie pierwszą część. Uwielbiam moment kiedy Edward i Bella się spotykają po raz pierwszy, kiedy się poznają, to jakie targają nimi emocje (pomijając uczucie głodu u Edwarda). Bo niby jest to trochę horror, trochę jakaś fantastyka, ale z drugiej strony super pokazane życie uczuciowe i co się dzieje wtedy w naszych głowach i sercach. Do tego główna bohaterka, to taka trochę ja. Potrafi potknąć się na prostej drodze, wf jest jej traumą, przyciąga nieszczęścia niczym magnez, nie lubi zimy, śniegu i wilgoci. No wypisz wymaluj ja. 

Od autora:

"Zmierzch to porywająca opowieść o miłości, łącząca cechy horroru, romansu i powieści o dojrzewaniu. Jej bohaterka, siedemnastoletnia Isabella Swan, przeprowadza się do ponurego miasteczka w deszczowym stanie Washington, gdzie spotyka tajemniczego, niezwykle przystojnego Edwarda Cullena. Chłopak ma nadludzkie zdolności - nie można mu się oprzeć, ale i nie można go przejrzeć. Bella usiłuje poznać jego mroczne sekrety, nie zdaje sobie jednak sprawy, że naraża tym siebie i swoich najbliższych na niebezpieczeństwo. Już niedługo może nie być odwrotu..."

Tym razem nie sięgnęłam po "Zmierzch" przypadkiem. Na Boże Narodzenie od Lubego dostałam dwie kolejne części tej serii. Do tej pory miałam w domu i czytałam cztery pierwsze części więc stwierdziłam, że całość sobie odświeżę zanim sięgnę po nowości. 

Tak jak wspomniałam, czytałam na ogrodzie, słoneczko cudnie świeciło i zupełnie nie zauważyłam, kiedy spiekłam się na machoń. Ała, boli.


Śmierć nie była ci jeszcze najwyraźniej pisana.*

 

Niestety urodziny zakończyły się niemiłą informacją. Odezwał się mój mesenger. A tam założona grupa z ludźmi z czasów podstawówki. Okazało się, że jeden nasz kolega z klasy nie żyje. 

Jak w dniu 30 urodzin dostaje się wiadomość, że twój rocznik zaczął schodzić na tamten świat, to jest to dość przerażające. 

Kolega najprawdopodobniej miał wypadek samochodowy. Pogrzeb będzie w sobotę. Zrobiliśmy zrzutkę na kwiaty. Padły wstępne deklaracje kto go pożegna na cmentarzu. 


Zgrabne poruszanie się w tańcu bez wątpienia nie leżało w zasięgu moich możliwości.*

 

Smutne to bardzo, bo mam z nim bardzo miłe wspomnienia. Byliśmy miss i mister kultury osobistej. A kiedyś podczas jakiejś szkolnej zabawy, pobił się o mnie, z innym kolegą. Był to albo jakiś bal przebierańców albo szkolna dyskoteka. Już nie pamiętam, ale od "didżeja" usłyszeliśmy, że to już koniec, ostatni taniec. No i dwóch kolegów chciało ze mną zatańczyć. Ich dwóch, ja jedna. Żeby załagodzić sytuację w końcu tańczyliśmy w kółeczku, ale do dziś miło to wspominam.

* Stephenie Meyer "Zmierzch"

4 komentarze:

  1. wszystkiego dobrego:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeżyłam podobny szok, gdy wracając że świadectwem maturalnym zobaczyłam klepsydry koleżanki z podstawówki... miała 19 lat. Czytałam w kółko i wciąż wydawało mi się, że to jakiś okrutny żart! Nie dopuszczamy do siebie myśli o własnej śmiertelności i to pozwala nam spokojnie iść przez życie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka lat temu działałam sportowo, brałam udział w maratonach tanecznych na cele charytatywne i do dziś pamiętam zbiórkę dla młodej, 18-letniej dziewczyny z białaczką. Udało się zebrać całą potrzebna kwotę, znalazł się dawca szpiku, niestety po kilku miesiącach choroba wróciła i niestety dziewczyna walkę przegrała.

      Usuń